Ninja, bas i ściany z papieru. Jak mentalność Japończyków zmieniła brzmienie zachodniej muzyki?
Wyobraź sobie Japonię. Kraj, w którym wszystko, od pociągów docierających na peron z dokładnością co do sekundy, przez misterny rytuał parzenia herbaty, aż po proces kucia mieczy, jest podniesione do rangi doskonałej, rygorystycznej sztuki. Co się dzieje, gdy do tak skonstruowanego, pedantycznego społeczeństwa trafia zza oceanu najdziksza, najgłośniejsza forma sztuki lat 70. – brytyjski i amerykański rock & roll na płytach winylowych? I skąd właściwie bierze się brzmienie japońskich winyli, o którym kolekcjonerzy dyskutują do dziś?
Japończycy nie byliby sobą, gdyby po prostu skopiowali to, co dostali z Zachodu. Zamiast tego zrobili to, co potrafią najlepiej – rozebrali zachodnią muzykę na części pierwsze, poddali ją surowej japońskiej dyscyplinie i stworzyli własne, niezwykle dopracowane wydania. Tak powstało zjawisko, które do dziś wprawia w osłupienie kolekcjonerów z całego świata – legendarne japońskie brzmienie.
Dlaczego japońska cisza brzmi głośniej niż zachodni hałas?
Jeśli kiedykolwiek słuchaliście starej, europejskiej lub polskiej płyty winylowej z lat 80., znacie ten dźwięk. Zanim jeszcze zacznie się pierwsza piosenka, słychać charakterystyczny, nieustanny szum i trzask. W Europie doby kryzysu naftowego część tłoczni masowo oszczędzała, wykorzystując również materiał z recyklingu, nie zawsze odpowiednio oczyszczony. Wśród kolekcjonerów krążą nawet opowieści o resztkach papierowych naklejek, które razem z przetapianymi płytami trafiały do mieszanki!
Dla Japonii, kraju głęboko szanującego rzemiosło, taka niedbałość w produkcji nośników była nie do pomyślenia. Tamtejsze fabryki słynęły ze stosowania tzw. dziewiczego winylu (virgin vinyl) – czystej, nieprzetworzonej wcześniej masy winylowej. W połączeniu ze starannym procesem tłoczenia pozwalało to ograniczyć charakterystyczny szum powierzchniowy. Efekt? Kiedy opuszczamy igłę na znakomicie zachowaną japońską płytę, możemy niemal zapomnieć, że słuchamy fizycznego, obracającego się kawałka plastiku. Dostajemy głęboką, sterylną wręcz ciszę rodem z cyfrowych technologii przyszłości, na której tle muzyka maluje się jak obraz na czystym płótnie.
To właśnie ciche tło jest jedną z cech, które kolekcjonerzy najczęściej wymieniają, opisując brzmienie japońskich winyli. Sama jakość tworzywa nie wystarczy jednak, żeby wyjaśnić charakter muzyki, którą słyszymy. To był dopiero pierwszy krok w stronę japońskiej modyfikacji muzycznego DNA.


Bas jak wojownik Ninja
Jeśli poprosisz kogoś o definicję potężnego dźwięku, prawdopodobnie pokaże Ci ogromny subwoofer w bagażniku samochodu. Lubimy zachodnie brzmienie, w którym potężny, obfity bas wibruje w klatce piersiowej, dudni, niesie się gęstym pogłosem i szczelnie wypełnia cały pokój.
Japońscy inżynierowie masteringu często podchodzili do tego nieco inaczej. Pracując z taśmami zawierającymi nagrania zachodnich gwiazd, w części wydań stawiali na bardziej powściągliwy, uporządkowany dół pasma. Bas dostawał ścisłą dyscyplinę. Kolekcjonerzy często mawiają, że japoński bas jest niczym bokser – uderza błyskawicznie, precyzyjnie w punkt i od razu się cofa.
Nie wynikało to jednak z samego zastosowania dziewiczego winylu. Za proporcje poszczególnych pasm odpowiada przede wszystkim mastering, czyli przygotowanie nagrania do wydania na konkretnym nośniku. Inżynier może odpowiednio kształtować niskie i wysokie częstotliwości, uwzględniając zarówno charakter nagrania, jak i techniczne wymagania nacinania płyt winylowych. Dlatego japońskie wydanie tego samego albumu potrafi brzmieć inaczej niż jego amerykański czy europejski odpowiednik.
Skąd ta niespotykana w wielu zachodnich wydaniach powściągliwość? Oprócz japońskiego dążenia do rygoru i analitycznej dokładności istnieje niezwykle urocza, a zarazem prozaiczna teoria. Każdy, kto choć raz odwiedził Tokio, wie, jak trudna bywa tam kwestia przestrzeni. W gęsto zabudowanych osiedlach i małych mieszkaniach, gdzie ściany czasem dosłownie wydają się zrobione z papieru, dudniący zachodni bas jest niezwykle inwazyjny – z łatwością przenika przez przegrody. Wśród kolekcjonerów mówi się więc, że Japończycy zmodyfikowali zachodni dźwięk z czystej, głęboko zakorzenionej uprzejmości i dbałości o dobre maniery wobec swoich sąsiadów.
Czy rzeczywiście takie myślenie kierowało inżynierami masteringu? Trudno powiedzieć. Ale przyznajcie, że jest coś fascynującego w wyobrażeniu, że charakter brzmienia płyty mógł zależeć nawet od tego, jak blisko za ścianą mieszkał sąsiad.
Usłyszeć trzaśnięcie drzwiami
To właśnie bardziej zdyscyplinowany bas w połączeniu z cichym tłem niektórych japońskich tłoczeń potrafi ujawnić przed słuchaczami niesamowity sekret. Kiedy dół pasma nie dominuje nad resztą nagrania, łatwiej wychwycić górę – talerze perkusji, wokale, wysokie dźwięki syntezatorów. Dźwięk nagle nabiera „powietrza”, a słuchacz może dosłownie „widzieć” w wyobraźni rozmieszczenie muzyków w studiu.
I tutaj objawia się prawdziwa fascynacja japońską szkołą masteringu. Otrzymujemy muzykę klinicznie wręcz obnażoną do najdrobniejszego detalu. Dla jednych słuchaczy najważniejsza jest potęga brzmienia i energia, dla innych możliwość usłyszenia nawet tych szczegółów, które w pierwszej chwili łatwo przeoczyć. Japońskie tłoczenia potrafią działać jak szkło powiększające – pozwalają usłyszeć drżenie naciągniętej struny, westchnienie piosenkarza, a nawet ciche domknięcie drzwi w studiu!
To ostatnie jest jednym z moich ulubionych przykładów. W drugiej solówce utworu „Sugar Daddy” zespołu Fleetwood Mac można wychwycić właśnie taki niepozorny dźwięk. Szczegół, który przy zwykłym słuchaniu łatwo przeoczyć, a który na odpowiednim wydaniu potrafi nagle zwrócić całą uwagę. Właśnie za takie odkrycia lubię japońskie winyle. Czasem pozwalają usłyszeć w dobrze znanym nagraniu coś, na co wcześniej w ogóle nie zwracaliśmy uwagi.
Mateusz



