Gruby karton zamiast rzeźniczego fartucha. Czy okładką japońskich winyli można wbijać gwoździe?
Kiedy zapytamy kolekcjonera, za co kocha płyty winylowe, bardzo rzadko usłyszymy odpowiedź, że chodzi tylko o muzykę. Gdyby tak było, wszyscy dawno temu poddalibyśmy się wygodzie serwisów streamingowych. Słuchanie winyli to jednak głęboki, wielozmysłowy rytuał. Najpierw działa wzrok, gdy podziwiamy misternie zaprojektowane paski obi. Chwilę później do głosu dochodzi dotyk…
I to właśnie w tym momencie osoby, które po raz pierwszy biorą do rąk japońskie winyle, przeżywają największe zaskoczenie. Każdy, kto chociaż raz miał okazję porównać zachodnią lub polską płytę z lat 80. z jej japońskim odpowiednikiem, natychmiast wyczuwa uderzającą różnicę. Okładki japońskich winyli są często masywne, sztywne i dają poczucie obcowania z dziełem sztuki. Z kolei okładki wielu płyt tłoczonych na Zachodzie potrafią składać się w dłoniach jak miękka, poranna gazeta. Dlaczego tak jest? Przyjrzyjmy się bliżej temu kolejnemu elementowi fenomenu japońskich winyli.
Nuda w świecie kwadratowych pudełek
Żeby to zrozumieć, musimy cofnąć się do historii fonografii. Okładka długo pełniła przede wszystkim funkcję praktyczną – miała chronić delikatny nośnik. Kiedy na rynku pojawiły się długogrające płyty LP, przyjęła dobrze znany dziś kwadratowy format, dopasowany do krążka o średnicy około 30 cm. Ale pomysł, żeby zrobić z okładki coś więcej, pojawił się jeszcze wcześniej. Już około 1940 roku Alex Steinweiss, dyrektor artystyczny Columbia Records, projektował ilustracyjne okładki albumów, pokazując, że opakowanie może być również nośnikiem sztuki.
Mimo to świat okładek przez kolejne dekady nie uwolnił się od powtarzalności. W latach 60. wiele z nich miało po prostu zdjęcia członków zespołu, ewentualnie ustawionych w mniej lub bardziej wymyślnej scenerii. Wynikało to często z dość powierzchownego podejścia wytwórni. Dla nich okładka była tylko obowiązkiem z kategorii „trzeba coś na niej pokazać”.
The Beatles, zmęczeni kolejnymi grzecznymi sesjami zdjęciowymi, postanowili jednak pójść znacznie dalej. Na legendarnej okładce albumu Yesterday and Today z 1966 roku wystąpili w rzeźniczych fartuchach. Pozowali ze starannie ułożonymi kawałkami surowego mięsa i… poobcinanymi głowami plastikowych lalek. Wybuchł gigantyczny skandal, a płyty w panice ściągano ze sklepowych półek, by zaklejać je nową, ugrzecznioną grafiką. Dziś te pierwotne, rzeźnicze wersje są prawdziwymi kolekcjonerskimi rarytasami. W 2019 roku egzemplarz należący do Johna Lennona, dodatkowo podpisany przez trzech Beatlesów, sprzedano za ponad 234 tysiące dolarów!
Z kolei kilka lat później Pink Floyd postawił na zupełnie inne rozwiązanie. Zrezygnował z pokazywania twarzy na rzecz ikonicznego pryzmatu, który znamy z okładki The Dark Side of the Moon. Ten prosty, genialny projekt z 1973 roku na zawsze zapisał się w historii muzycznej grafiki.



Okładki japońskich winyli – pragmatyczna odpowiedź Japończyków
Podczas gdy zachodni artyści i wydawcy walczyli o to, co ma znaleźć się na okładce, by zszokować lub zaintrygować klienta, Japończycy spojrzeli na problem również z innej strony. W charakterystycznym dla tamtejszego przemysłu dążeniu do perfekcji przypomnieli sobie o pierwotnej funkcji okładki, która ma przede wszystkim chronić.
Oszczędzanie na jakości papieru u części zachodnich czy naszych rodzimych wydawców (szczególnie w dobie kryzysu) odbijało się nie tylko na walorach estetycznych. Miało też wpływ na bezpieczeństwo nośnika. Jeśli weźmiemy choćby holenderskie wydanie Heaven and Hell Black Sabbath albo dawną polską płytę Haliny Frąckowiak, zobaczymy cienki, podatny na zagięcia karton. Jak coś takiego miało chronić płytę przed zniszczeniami?! Japończycy nie mieli na to zgody. Dlatego wiele ich wydań otrzymało oprawę z grubego, twardego kartonu, który potrafi przetrwać całe dekady w znakomitym stanie.
W świecie kolekcjonerów krąży nawet powiedzenie, że krawędzią oryginalnej japońskiej okładki można z powodzeniem wbijać gwoździe. To oczywiście hiperbola, ale na tyle wymowna, by zrozumieć, z czym mamy tutaj do czynienia. Wystarczy wziąć do ręki dwie płyty z tego samego okresu – jedną wydaną w Japonii, a drugą w Europie – żeby przekonać się, jak duże potrafią być różnice. I nie chodzi tylko o samą grubość kartonu. Dobrze wykonana okładka jest mniej podatna na zagięcia, odkształcenia i uszkodzenia krawędzi. Dzięki temu łatwiej zachować ją w świetnym stanie przez kolejne lata.

Opanowanie wszystkich zmysłów
Jakby tego było mało, japońskie wydawnictwa poszły o krok dalej. Dla tamtejszych introligatorów idealna, sztywna bryła to za mało. Chcieli, aby słuchacz poczuł album jeszcze przed położeniem go na gramofonie.
Wykorzystując wysoką jakość surowców, zaczęto eksperymentować z rzadko spotykanymi fakturami. Wystarczy wziąć do ręki japońskie wydanie kultowego albumu Powerslave Iron Maiden lub słynny Fleetwood Mac z 1975 roku, znany także jako White Album. Zamknij oczy i przejedź po nich palcami, a zobaczysz, że ich faktura do złudzenia przypomina w dotyku prawdziwą skórę!
Innym świetnym przykładem z naszej kolekcji jest jeden z najważniejszych debiutów w historii rocka progresywnego, czyli In the Court of the Crimson King zespołu King Crimson. W japońskiej wersji grafika z tą przerażającą, krzyczącą twarzą została nadrukowana na specjalnym, fascynująco chropowatym papierze, co tylko potęguje niesamowite wrażenie.
Jak widać, okładki japońskich winyli są dowodem na to, jak wiele uwagi można poświęcić pozornie zwykłemu opakowaniu. Muzyka zyskuje dzięki temu odpowiednią oprawę, a kolekcjonowanie staje się pełnym, wielozmysłowym doświadczeniem – od twardego, niemal pancernego kartonu przez unikalne paski obi czy antyelektrostatyczne czerwone płyty aż po charakterystyczne brzmienie japońskich tłoczeń.
Zapraszamy do sklepu Origami Disc, by przekonać się o tym samodzielnie i poczuć pod palcami jakość, która przetrwała dekady.
Mateusz









Inne przykłady z kolekcji Origami




