Gruby karton zamiast rzeźniczego fartucha. Czy okładką japońskich winyli można wbijać gwoździe?

Kiedy zapytamy kolekcjonera, za co kocha płyty winylowe, bardzo rzadko usłyszymy odpowiedź, że chodzi tylko o muzykę. Gdyby tak było, wszyscy dawno temu poddalibyśmy się wygodzie serwisów streamingowych. Słuchanie winyli to jednak głęboki, wielozmysłowy rytuał. Najpierw działa wzrok, gdy podziwiamy misternie zaprojektowane paski obi. Chwilę później do głosu dochodzi dotyk…

I to właśnie w tym momencie osoby, które po raz pierwszy biorą do rąk japońskie winyle, przeżywają największe zaskoczenie. Każdy, kto chociaż raz miał okazję porównać zachodnią lub polską płytę z lat 80. z jej japońskim odpowiednikiem, natychmiast wyczuwa uderzającą różnicę. Okładki winyli z Kraju Kwitnącej Wiśni są masywne, sztywne i dają poczucie obcowania z dziełem sztuki, podczas gdy okładki płyt tłoczonych na Zachodzie potrafią składać się w dłoniach jak miękka, poranna gazeta. Dlaczego tak jest? Przyjrzyjmy się bliżej temu kolejnemu elementowi fenomenu japońskich winyli.

Nuda w świecie kwadratowych pudełek

Żeby to zrozumieć, musimy cofnąć się do samych początków fonografii. Historycznie rzecz biorąc, okładka wcale nie miała być nośnikiem sztuki. Jej zadanie było czysto pragmatyczne – miała chronić delikatny krążek w środku i to wymusiło jej konkretny format 30×30 cm. Kolorowe grafiki były jedynie mało znaczącym dodatkiem do tego – nazwijmy to wprost – opakowania.

Skutkiem takiego myślenia była gigantyczna powtarzalność. W latach 60. większość okładek miała po prostu zdjęcia członków zespołu, ewentualnie ustawionych w mniej lub bardziej wymyślnej scenerii. Wynikało to z bardzo powierzchownego podejścia wytwórni, dla których okładka była tylko przykrym obowiązkiem z kategorii „trzeba coś na niej pokazać”.

Jednym z pierwszych zespołów, który postanowił zbuntować się przeciwko tej potwornej nudzie, byli The Beatles. Zmęczeni kolejnymi grzecznymi sesjami zdjęciowymi, postanowili zszokować świat. Na kultowej  okładce albumu Yesterday and Today z 1966 roku wystąpili w rzeźniczych fartuchach, pozując ze starannie ułożonymi na nich kawałkami surowego mięsa i… poobcinanymi głowami plastikowych lalek. Wybuchł gigantyczny skandal, a płyty w panice ściągano ze sklepowych półek, by zaklejać je nową, ugrzecznioną grafiką zafoliowaną wersję rzeźniczą, sprzedano na aukcji za 200 tysięcy dolarów! . Z kolei kilka lat później Pink Floyd całkowicie zrezygnował z pokazywania twarzy na rzecz ikonicznego trójkąta, który znamy z okładki The Dark Side of the Moon, na zawsze zmieniając podejście świata do projektowania okładek.

 

Pragmatyczna odpowiedź Japończyków, czyli kolejny fenomen japońskich winyli

Podczas gdy zachodni artyści i wydawcy walczyli o to, co ma znaleźć się na okładce, by zszokować lub zaintrygować klienta, Japończycy spojrzeli na problem zupełnie inaczej. W swoim wrodzonym dążeniu do perfekcjonizmu przypomnieli sobie o pierwotnej funkcji okładki, która ma przede wszystkim chronić.

Oszczędzanie na jakości papieru u zachodnich czy naszych rodzimych wydawców (szczególnie w dobie kryzysu) odbijało się nie tylko na walorach estetycznych, ale też na bezpieczeństwie nośnika. Jeśli weźmiemy jakiekolwiek zachodnie wydanie, weźmy na przykład Heaven and Hell Black Sabbath albo dawną polską płytę Haliny Frąckowiak, zobaczymy cienki, podatny na zagięcia papier. Jak coś takiego miało chronić płytę przed zniszczeniami?! Japończycy nie mieli na to zgody. Dlatego ich wydania są oprawione w gruby, twardy karton, który zniesie każdą próbę. W świecie kolekcjonerów krąży nawet powiedzenie, że krawędzią oryginalnej japońskiej okładki można z powodzeniem wbijać gwoździe. To oczywiście hiperbola, ale na tyle wymowna, by zrozumieć, z czym mamy tutaj do czynienia.

 

Opanowanie wszystkich zmysłów

Jakby tego było mało, japońskie wydawnictwa poszły o krok dalej. Dla tamtejszych introligatorów idealna, sztywna bryła to za mało. Chcieli, aby słuchacz poczuł album jeszcze przed położeniem go na gramofonie. Wykorzystując niesamowitą jakość surowców, zaczęto eksperymentować z rzadko spotykanymi fakturami. Wystarczy wziąć do ręki japońskie wydanie kultowego albumu Powerslave Iron Maiden lub słynny White Album z dyskografii Fleetwood Mac. Zamknij oczy i przejedź po nich palcami, a zobaczysz, że ich faktura do złudzenia przypomina w dotyku prawdziwą skórę! 

Innym świetnym przykładem z naszej kolekcji jest jeden z najważniejszych debiutów w historii rocka progresywnego, czyli In the Court of the Crimson King zespołu King Crimson. W japońskiej wersji grafika z tą przerażającą, krzyczącą twarzą została nadrukowana na specjalnym, fascynująco chropowatym papierze, co tylko potęguje niesamowite wrażenie.

Jak widać, japońskie winyle to dowód na to, że muzyka potrzebuje odpowiedniej oprawy. To pełne, wielozmysłowe doświadczenie – od twardego, niezniszczalnego kartonu przez unikalne paski obi czy antyelektrostatyczne czerwone płyty aż po krystalicznie czysty dźwięk

Zapraszamy do sklepu Origami Disc, by przekonać się o tym samodzielnie i poczuć pod palcami jakość, która przetrwała dekady.

Mateusz

 

 

 

 

 

Inne przykłady z kolekcji Origami

 

 

 

Podobne wpisy