City Pop. Jak japońskie piosenki z lat 80. przejęły kontrolę nad gramofonami?

Późna noc, jaskrawe neony Tokio odbijające się w szybie i szybka jazda autostradą w stronę zatoki. Z głośników płynie leniwy, głęboki bas, na którym miękko układa się radosny, japoński wokal… Tak właśnie brzmi muzyczny pomnik japońskiego cudu gospodarczego po II wojnie światowej. Gatunek, który początkowo miał być po prostu przyjemnym, luksusowym tłem dla bogacącej się młodzieży z wielkich miast. Kto by pomyślał, że kilkadziesiąt lat później ta hermetyczna muzyka opuści wyspy, wywoła gorączkę na zachodnim rynku kolekcjonerskim i stanie się jednym z najdroższych winylowych towarów eksportowych Japonii?

Koktajl dla bogatego Tokio

Zamiast ubierać City Pop w sztywne, definicyjne ramy, pomyślcie o nim jak o drogim, wybuchowym koktajlu, który nie miał prawa się udać, a jednak smakuje wybornie.

Japończycy wzięli wszystko to, co najlepsze w zachodnim funku, soulu, kalifornijskim yacht rocku czy gładkim jazzie, a następnie przepuścili to przez swój wrodzony, inżynieryjny perfekcjonizm. Ze względu na potężny boom technologiczny dorzucili do tego najdroższe, niedostępne wówczas dla innych syntezatory. Kiedy w Origami Disc kładziemy na talerz gramofonu wczesne płyty takich tytanów gatunku jak Tatsuro Yamashita, Mariya Takeuchi, Miki Matsubara czy Taeko Ohnuki, od razu uderza nas ta jakość. Dźwięk jest tak rozdzielczy, czysty i bogaty aranżacyjnie, że momentami aż onieśmiela.

A jednak z końcem lat 80. gatunek ten, uznany nagle za przestarzały, odszedł w Japonii do lamusa, a na Zachodzie nikt nie miał o jego istnieniu zielonego pojęcia. Aż do pewnego dziwnego zbiegu okoliczności.

Tajemnica youtubowego algorytmu

Wszystko zaczęło się w 2017 roku, i to w sposób, którego do dziś nikt nie potrafi racjonalnie wytłumaczyć. Otóż pewien anonimowy użytkownik o pseudonimie Plastic Lover wrzucił do serwisu YouTube rozszerzoną wersję zapomnianego japońskiego utworu „Plastic Love” z 1984 roku, wykonywanego przez Mariyę Takeuchi. Nagle, zupełnie niespodziewanie, algorytm YouTube’a zwariował. Serwis zaczął masowo i agresywnie polecać ten jeden, konkretny utwór użytkownikom na całym świecie (najczęściej osobom słuchającym muzyki lo-fi do nauki czy pracy).

Miniaturka z czarno-białym, uśmiechniętym zdjęciem Mariyi stała się w sieci zjawiskiem wszechobecnym, a samo „Plastic Love” w krótkim czasie zgromadziło kilkadziesiąt milionów wyświetleń. To był punkt zapalny. Zafascynowani zachodni słuchacze zaczęli na potęgę przekopywać archiwa w poszukiwaniu podobnych japońskich brzmień. Młody Zachód, na co dzień przebodźcowany playlistami ze współczesnym popem, autentycznie zakochał się w tej słonecznej nostalgii. W tęsknocie za beztroskimi latami 80. w neonowym Tokio – czasami, których dzisiejsza młodzież nigdy tak naprawdę nie mogła przeżyć.

Winylowa gorączka i polowanie na OBI

I tutaj do gry wchodzi nośnik fizyczny. Bo ten cyfrowy zachwyt City Popem błyskawicznie przełożył się na rynek winylowy, wywracając go dosłownie do góry nogami. Płyty Yamashity czy Matsubary, które jeszcze na początku XXI wieku kurzyły się w japońskich antykwariatach i lądowały w tanich koszach wyprzedażowych za zaledwie kilkaset jenów, stały się nagle jednymi z najbardziej pożądanych obiektów kolekcjonerskich na świecie.  

Kolekcjonerzy z Europy i Stanów Zjednoczonych uświadomili sobie, że jedynym sposobem, by w pełni obcować z tą muzyką, jest zdobycie oryginalnego, japońskiego tłoczenia, koniecznie z nienaruszonym papierowym pasem obi. Zderzenie tego nagłego popytu z ograniczoną podażą wywindowało ceny. Przykłady? Jeszcze kilka lat temu winylowe wydanie albumu „Magical” Junko Ohashi potrafiło osiągać na platformie Discogs abstrakcyjną cenę rzędu 1000 dolarów. Oryginalny 12-calowy singiel „Plastic Love” z lat 80. w idealnym stanie potrafił kosztować nawet do 500 dolarów, a klasyk „For You” Tatsuro Yamashity przez długi czas oscylował wokół kilkuset. 

W Origami Disc na co dzień odczuwamy skutki tej winylowej gorączki. Nasz wybór tytułów to często niekończące się polowanie i walka o to, by zdążyć wyciągnąć z Japonii świetnie zachowane klasyki z epoki, zanim zgarną je inni kupcy z Zachodu. Zależy nam na tym, byście mogli położyć na gramofonie dokładnie ten sam nośnik, którego słuchano w Tokio ponad 40 lat temu.

Jeśli więc chcecie poczuć, czym właściwie jest ten neonowy, nocny klimat dawnej Japonii, przejrzyjcie nowości w sklepie online Origami Disc – regularnie trafiają do nas starannie wyłowione oryginały z epoki. Albo od razu wpadnijcie do wrocławskiej Origami Discafe – zrobimy świetną kawę, wrzucimy na talerz któreż z autentycznych tłoczeń z 1984 roku i wspólnie sprawdzimy, dlaczego ten azjatycki groove tak bardzo uzależnia.

Podobne wpisy